Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 277 191 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Witam sredecznie na : na-drodze-do-szczescia.bloog.pl. Cieszę się, że wpadłaś/ eś na mojego bloga. Jeśli ci się podoba jego treść, to proszę zostaw komentarz. Ciebie to nic nie kosztuje, a mnie motywuje do dalszego pisania. Dziekuję i życzę miłej lektury.

Kategorie

2. Czego się boję? Boję się stracić ludzi, których kocham. Boję się, że kolejny raz mi się to przydarzy. Boję się samotności. Boję się kiedyś obudzić i zdać sobie sprawę z tego, że nikogo już przy mnie nie ma.

piątek, 01 marca 2013 18:24

2. Czego się boję? Boję się stracić ludzi, których kocham. Boję się, że kolejny raz mi się to przydarzy. Boję się samotności. Boję się kiedyś obudzić i zdać sobie sprawę z tego, że nikogo już przy mnie nie ma.

 

Sara z dwoma rysunkami pod pachą i kilkoma kredkami w garści weszła przez okno w piwnicy do domu. Było około pół godziny po wschodzie słońca i wszyscy domownicy byli pogrążeni w głębokim śnie. Na palcach weszła na korytarz, zdjęła buty i postawiła je obok niebieskich adidasów brata. Skierowała się w stronę schodów. Gdy chciała postawić nagą stopę na stopniu, usłyszała gardłowy kaszel. W spowolnionym tempie odwróciła się.

- Cześć - powiedziała z miną niewiniątka. Dexter stał oparty o ścianę przy futrynie drzwi. Miał na sobie tylko białą koszulkę i bokserki. Patrzył na Sarę zagniewany i rozłoszczony.

- Znowu to zrobiłaś - powiedział ostro. Trochę za ostro, bo przestraszył Sarę, ale w tej sprawie nie mógł sobie pozwolić na jakiekolwiek kompromisy.

- Ale co? - Nie wychodziło jej udawanie, że nie wie o co chodzi. Cieszyła się jednak, że nie przyłapał jej wcześniej, gdy około trzeciej nad ranem wracała ponownie do domu, aby się przebrać w normalne ubrania.

- Nie graj w te swoje gierki, bo jestem za stary, żeby się na nie nabrać. Nie możesz wychodzić z domu bez mojej wiedzy, tym bardziej w nocy. Co by było gdyby, coś ci się stało? Gdyby na przykład, nie daj Boże, potrącił cię samochód? Wiesz, co by wtedy było? - Dziewczynka była zbyt wystraszona, żeby cokolwiek powiedzieć i tylko lekko pokręciła przecząco głową. - Ktoś zadzwoniłby na pogotowie. A wtedy przyjechałaby po ciebie karetka i zabrałaby cię gdzie? Do szpitala. - Dexter postanowił wykorzystać jej strach przed szpitalem. Specjalnie to powiedział i nie mijał się z prawdą. Pod warunkiem, że ktoś w ogóle by się znalazł - ktoś, kto wykonałby telefon, ale tego już nie powiedział na głos.

Ponownie spojrzał na jej wystraszoną twarz. Błękit jej oczu tonął we łzach tak szczerych, że przez jeden moment pożałował swoich słów. Wtem artystka zerwała się z miejsca, porzucając piękne wschody słońca nad oceanem, które narysowała kilka minut wcześniej i garść kredek. W błyskawicznym tempie mocno objęła jego nagie i owłosione nogi prosząc - cieniutkim płaczliwym, głosikiem - o wybaczenie. Poczuł ciepło jej policzka na nagiej skórze, a następnie wilgoć łez. Rozluźnił więc delikatnie jej uścisk i przytulił stanowczo do swojej klatki piersiowej.

- Nie chciałem cię wystraszyć - mówił, czule głaszcząc jej kręcone włosy - ale, Sara musisz zrozumieć, że nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś ci się stało. Zbyt mocno cię kocham, żeby cię teraz stracić. - Sara czuła stanowczą siłę jego uścisku i determinację, z jaką wypowiedział te słowa.

- Ja też cię kocham. Może nawet bardziej niż ty mnie - odpowiedziała cichutko.

Przez chwilę stali tak przytuleni na korytarzu. Z kuchni słyszeli staromodne piosenki. Po chwili Dexter ziewnął.

- Jest jeszcze wcześnie. Pójdziemy pospać jeszcze chociaż z pół godziny. I pójdziesz ze mną, bo znowu mi się gdzieś wymkniesz.

Sara oderwała się od niego, podniosła kartki i kredki z podłogi. Pod nadzorem Dextera poszła po swojego pokoju i odłożyła rzeczy na biurko. Poszli razem do jego sypialni, położyli się wygodnie i po chwili mężczyzna cicho pochrapywał. Sara już nie mogła zasnąć, bo była zbyt rozbudzona, więc ostrożnie oparła głowę na jego ramieniu. Wsłuchiwała się w jego miarowy oddech, obserwując jak klatka piersiowa lekko wznosi się i opada rytmicznie.

W pewnym momencie usłyszała senne, powolne kroki na korytarzu. Zagrzebała się głębiej w pościeli w tym samym momencie, gdy drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem. Usłyszała ciche kroki i po chwili poczuła, jak materac po drugiej stronie śpiącego Dextera, ugina się nieznacznie pod ciężarem ciała chłopca. Sam zauważył ją dopiero, gdy nachylił się nad głową mężczyzny.

- Tutaj jesteś - zauważył z ulgą.

- Tak, ale bądź ciszej. Dex śpi.

Chłopiec położył się obok Dextera.

- Co ty tutaj robisz? - zapytał szeptem, gdy ułożył głowę na klatce piersiowej Dex'a, żeby móc lepiej obserwować twarz siostry.

- Nie mogłam zasnąć, więc przyszłam tutaj - powiedziała spokojnie.

- Mogłaś przyjść do mnie? - zapytał z pretensją.

- Ty spałeś, a ja się bałam. - Przez chwilę patrzyła na dębowe drzwi. - Weź zejdź z jego brzucha, bo się zaraz obudzi.

- Dobra. Ale on tu ma fajnie. - Sara nie rozumiała, o co mu chodzi. - Chodzi mi o to, że fajnie się tutaj śpi.

Dexter poruszył się niespokojnie i otworzył oczy. Zdezorientowany spojrzał na chłopca i lekko zachrypniętym głosem zapytał :

- A ty co tutaj robisz? - Jednocześnie poczochrał mu włosy. Lubił się nimi tak bawić.

- Szukałem Sary, bo jak się obudziłem, to jej nie było - powiedział chłopiec, siadając prosto. Dziewczynka nie ruszała się ze swojego miejsca. Było jej zbyt ciepło i wygodnie, żeby zmienić pozycję i narazić się na utratę ciepła.

- A która to już godzina? - zapytał Dexter. Podniósł się na łokciach i spojrzał na zegarek, na którym zielone kreski wskazywały dokładnie 6 : 57. Na ósmą miał być w pracy, a po drodze musiał odprowadzić jeszcze dzieci do przedszkola. Podniósł się do pozycji siedzącej i przeciągnął się z charakterystycznym trzaskiem w kościach.

- No kompania! Czas wstawać! - zawołał wesoło. Sam powoli posłusznie zaczął opuszczać łóżko, ale Sara, dalej nie zmieniając pozycji, tylko poprawiła kołdrę.

- Artystka, ty też.

Dexter zaczął ściągać nakrycie, ale dziewczynka z całej siły oplotła je rękami i nogami. Sam skoczył na łóżko - prawie na siostrę.

- Wstawaj! Wstawaj! - krzyczał wesoło chłopiec.

- Ja nie chcę - odpowiedziała ze śmiechem.

Kalosz usłyszał hałas i z radosnych szczekaniem wskoczył na dzieci. Te zaś przez dziesięć minut razem z Dexterem kotłowali się w pościeli.

*

Claire już po pracy wyszła z budynku przedszkola. Od miejsca pracy do domu nie miała daleko, więc spokojnie pokonywała tę trasę piechotą.

Zdążyła się już przyzwyczaić, że jako wampirzyca wszystko przeżywa intensywniej, jednak coraz częściej była zaskakiwana. Zaczęło się, gdy dostała ten nieszczęsny drugi etat - chociaż może nie aż tak nieszczęsny, bo lubi dzieci - i poznała Sama i Sarę. Sama do końca nie wiedziała, co zaskakiwało ją bardziej - czy bardzo realistyczne rysunki dziewczynki, czy piaskowe budowle chłopca. Chociaż raz nawet zobaczyła, jak malec - gdy nikt nie patrzył - wyciągał kawałek drewna i zaczynał w nim skrobać. Zastanawiało ją, po kim dzieci mają takie wyjątkowe talenty.

Claire zobaczyła na szkolnym parkingu zieloną corvettę Douga. Dzięki swojemu nowemu wzrokowi dostrzegła przyjaciela, siedzącego na miejscu kierowcy i odetchnęła z ulgą. Przez jakiś czas po przemianie nie mogła odróżnić Douglasa od Desmonda, przez co ten drugi często robił jej paskudne żarty, które w jego mniemaniu były przezabawne.

Usiadła na miejscu pasażera, witając się z nim standardowym całusem w policzek. Doug wyjechał z parkingu.

- A ty co miałaś taką minę, jakbyś ducha zobaczyła? - zapytał ją, unosząc jeden kącik ust do góry.

- Przez chwilę myślałam, że Dez przyjechał zrobić mi jakiś kawał. Dopiero gdy się odwróciłeś i zobaczyłam te dwa bursztynowe kamyczki - Claire miała na myśli jego oczy - uspokoiłam się. Poznałam, że to ty.

- Tak, to w jego stylu - podchwycił z kwaśną miną. - Myślałem o nim długo i nadal myślę. To nie jest zły człowiek, znaczy się wampir. Wiesz o co mi chodzi? - Zatrzymał się na czerwonym świetle.

- Tak, wiem. I wierzę ci - zapewniała.

- Ta tragedia tak mocno się na nim odbiła i do teraz nie może się pozbierać - Doug westchnął smutno i gdy zapaliło się zielone światło, skręcił w prawo.

Douglas do dzisiaj pamiętał ten smutny dzień. Desmond, który w szale wpadł do jego domu z zakrwawionym ubraniem, jak z czystym szaleństwem zdemolował mu cały dom i próbował z rozpaczy odebrać sobie życie. Doug'owi cudem udało się go od tego odwieść.

- Hej, Duggy. Co jest? - zapytała Claire, gdy wchodzili do domu. Zagrodziła mu drogę, łapiąc za rękę i spojrzała w Doug'owe smutne oczy. - Myślisz o nim, prawda?

Mężczyzna pokiwał głową. Rozumieli się bez słów. Claire w naturalnym odruchu przytuliła go do swojego szczupłego ciała. I choć wyglądało to idiotycznie - on dwumetrowy facet, który przytula o głowę mniejszą przyjaciółkę - nie przejmowali się tym. Stali tak przez chwilę przytuleni, ignorując ciekawskie spojrzenia sąsiadów i przypadkowych przechodniów. Claire pogłaskała go po głowie. W końcu Doug rozluźnił uścisk i wyprostował się, posyłając jej swój uroczy uśmiech.

- Dziękuję ci.

- Nie ma za co. Od tego są przyjaciele.

- Może w ramach chwilowego relaksu wybierzemy na małe polowanie? - zapytał z uśmiechem na ustach.

- Czemu nie?

Mieli wyjechać w drogę za godzinę, ale ostatecznie wyruszyli przed północą. Doug prowadził zieloną corvettę bardzo pewnie, szybko mijał kolejne ulice. Gdy zmieniał stację w radiu, ponieważ zapuszczali się coraz bardziej na północ zanikały kolejne stacje, Claire złapała go gwałtownie za rękę.

- Hamuj! - wykrzyknęła spanikowana.

Douglas postąpił instynktownie. Nadepnął odpowiedni pedał, pozostawiając za sobą dwa bliźniacze ślady opon. Kątem oka - w lusterku bocznym - zobaczył dym. Obydwojgiem zarzuciło do przodu, ale dzięki pasom bezpieczeństwa nie wylecieli przez przednią szybę. I obydwoje zszokowani patrzyli na drogę przed sobą. Niewysoka postać, która szła powolnym krokiem chodnikiem i właśnie przechodziła przez jezdnię, zatrzymała się zaskoczona, a potem ile sił w nogach przebiegła ulicę i pognała w nieznanym im bliżej kierunku.

Postać miała na sobie pelerynę z czerwonego, delikatnego materiału. Jej twarz pozostała ukryta w cieniu kaptura. Gdy zaczęła biec, spod peleryny ukazał się biały materiał sukienki.

- Co to, do cholery, było? - spytał Douglas z szeroko otwartymi oczami.

- Nie wiem - wydukała kobieta zdławionym głosem.

Claire pierwsza otrząsnęła się z szoku. Przez chwilę zdenerwowana szarpała się z klamką, po czym w błyskawicznym tempie wybiegła na ulicę, rozglądając się uważnie po najbliższej okolicy. Ale jej ciemne tęczówki nie zauważyły jednak niczego czerwonego. Tak na prawdę nie dostrzegła żadnego ruchu. Z ponurą miną wróciła do samochodu.

- Na ulicy nikogo ani niczego nie ma - poinformowała go szeptem, chociaż nie wiedziała, dlaczego mówi tak cicho. Jej wampirzy umysł nie mógł ogarnąć tego dziwnego zdarzenia. Nic nie układało się w spójną całość i nie mogła znaleźć wyjaśnienia tego niezwykłego incydentu. Spojrzała wyczekująco na Douglasa. Spodziewała się jakiejś reakcji, komentarza - czegokolwiek. W końcu to on jest przewodniczącym UOFV.

- Skoro nic się nie stało, chyba... - Spojrzał na nią pytająco, ale nie doczekał się rzadnej reakcji. - To nie ma powodu, żeby zmieniać na nasze plany.

Claire pokiwała głową, jednak nic nie powiedziała. Była bowiem tak mocno pogrążona we własnych myślach, że nie zauważyła, kiedy dojechali do lasu.

*

Dzisiaj podążała okrężną drogą, sama nie wiedziała dlaczego. Chyba po prostu lubiła czuć ten wiatr we włosach, tą nieograniczoną wolność i swobodę. Kiedy biegła, nie myślała o przyziemnych rzeczach i problemach. Zapominała, że w szkole nie jest akceptowana przez rówieśników. Zapominała, że Sam i Dexter zabronili jej wymykać się w nocy z domu. Zapominała nawet w jaki sposób mieszała kolory, aby barwa wody na rysunkach wychodziła bardziej realistyczna. Z łatwością przeskoczyła drewniany płot, a pod bosymi stopami poczuła zimną, wilgotną trawę. Jej sokoli wzrok dokładnie przeczesywał każdy metr kwadratowy obiektu, a jej wrażliwy słuch wyłapywał wszystkie subtelne dźwięki.

Jednak nie spóźniła się. Odetchnęła z ulgą.

Zdjęła szeroki kaptur z głowy i chudymi palcami przeczesała swoje długie blond włosy. Z delikatnym uśmiechem na ustach zrobiła kilka pewnych kroków do przodu, potem kilka kolejnych i nawet nie zauważyła, gdy była już na miejscu.

Najbardziej zadziwiał ją fakt, iż pomimo jej ogromnej awersji do wszelkiego rodzaju sukienek, nie narzekała na swój obecny strój. Śnieżnobiały materiał lekko opinał jej klatkę piersiową i brzuch, rozszerzał się w biodrach i kończył dokładnie na wysokości jej kościstych kolan. Krwistoczerwona peleryna przyjemnie otulała jej ramiona, dając ciepło, które na swój sposób było bardzo miłe.

Usłyszała cichy szelest, jakby ogromny orzeł właśnie przelatywał nad nią. Odwróciła się i słodkim uśmiechem przywitała mężczyznę.

- Wygląda na to, że to ja teraz się spóźniłem - usłyszała jego łagodny i spokojny głos. - Mam nadzieję, że bezpiecznie tutaj dotarłaś.

- Na jednym ze skrzyżowań prawie potrącił mnie samochód, ale w porę uciekłam. - Wzruszyła wesoło ramionami, a ton jej głosu nie wskazywał na to, aby przed chwilą stała oko w oko ze śmiercią. Był po prostu radosny, pełen dziecięcej radości.

- Jednak cieczę się, że nic ci się nie stało. - Mężczyzna pokręcił z niedowierzaniem głową. - Czy ktoś ci mówił, że jesteś szalona?

- Nie - odpowiedziała zdziwiona. Jeszcze nie widziała go aż tak radosnego. Wstydziła się jednak zapytać o powód jego świetnego nastroju.

- To ja ci mówię - jesteś szalona, Sara. Ale nie po to tu przybyłem. - Momentalnie spoważniał. A artystka z napięciem wyczekiwała dalszego ciągu jego wypowiedzi. - Dzisiaj pójdziesz do pani Marshall. Jest w tym samym szpitalu, w którym zakładali ci szwy. A propo jak tam..? - Nie dokończył, tylko kucnął przed nią i wskazał na czoło, z zatroskaniem wymalowanym na twarzy.

- Tylko czasami boli, ale Dexterowi mówię, że już wcale nic nie czuję. Skręca mnie na samą myśl o tych paskudnych lekach pleciwbólowych. - Dziewczynka wzdrygnęła się na samo wspomnienie smaku specyfiku.

- Hmm. No dobrze. - Nadal kucał, żeby nie patrzeć na nią z góry. - Do sali, w której leży pani Marshall, możesz wejść swobodnie przez okno. Blisko budynku rośnie drzewo, po którym wejdziesz na ostatnie piętro. Na pewno będziesz wiedziała, na którym łóżku leży.

Dziewczynka w odpowiedzi kiwnęła głową. Odwróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku znienawidzonego szpitala. Gdy przeskoczyła ogrodzenie, przyśpieszyła kroku. Dziś wyjątkowo chciała mieć to szybko za sobą. Pod osłoną nocy w błyskawicznym tempie znalazła się na miejscu. Białe ściany szpitala wydawały się być szare w świetle księżyca. Nie przyglądając się dłużej budynkowi, wdrapała się na drzewo. Miała dużo szczęścia, bo szukane przez nią okno było otwarte. Gdy była już przy samym parapecie, nagle w sali zapaliło się ostre, oślepiające światło i do pomieszczenia wszedł doktor. Sara natychmiast wycofała się. Niewyraźnie słyszała głos lekarza:

- Czas odwiedzin już dawno minął. Nie ma sensu dłużej tutaj siedzieć. Proszę wrócić do domu i wyspać się porządnie. Na pewno zadzwonimy, jeśli się obudzi.

Po chwili światło zgasło i Sara spokojnym krokiem podeszła do najbardziej oddalonego łóżka na sali. Czuła, że to właśnie ona. Przez chwilę patrzyła na bladą twarz starszej pani. Nie wyglądała ona, jakby miała za kilka dni umrzeć. Była spokojna, jakby pogrążona w głębokim śnie. Dziewczynka podeszła bliżej łóżka chorej. Małym nożykiem nacięła skórę na zewnętrznej części nadgarstka starszej pani oraz na swoim. Zbliżyła rozcięcia do siebie i trzymała je tak przez chwilę. Po kilku sekundach położyła rękę kobiety na swoim dawnym miejscu. Sara wpatrzona w jej milczące oblicze nie zauważyła momentu, w którym rozcięcie zabliźniło się i nie było już po nim śladu.

Dziewczynka uśmiechnęła się z satysfakcją. Dlatego, pomimo zakazów Dextera, wymykała się nocą z domu. Dlatego, zamiast spać w przytulnym łóżku, odwiedzała zienienawidzone szpitale. W niewytłumaczalny sposób wyrywała umierające ciała ludzi z rąk śmierci. Cieszyło ją to, że uszczęśliwiała rodziny chorych, dając jednocześnie nadzieję na kilka dodatkowych lat życia.

Gdy wróciła do domu, po omacku powędrowała do pokoju. Przebrała się w swoją zieloną piżamkę, a sukienkę i pelerynę schowała do starego pudełka po butach. Ziewnęła szeroko i spojrzała na łóżko brata. W świetle księżyca, które wdzierało się przez okno, zobaczyła jego słodką twarz. Spał, a pod twarzą uroczo ułożył splecione dłonie. Kołdra leżała oczywiście skopana w jego nogach.

Sara pokiwała z politowaniem głową. Podeszła bliżej łóżka, nakryła go całego i położyła się obok. Przytuliła się mocno do jego pleców i zasnęła.

 

 

*******

 

Przepraszam. Wiem, że nie jestem jakąś dobrą pisarką i musicie się męczyć, czytając moje nędzne wypociny. Zdaję sobie z tego sprawę, że początki mi nie wychodzą. Są nudne i nic się nie dzieje. Ale proszę o zrozumienie. Chciałam trochę przedstawić bohaterów i wydarzenia, żeby później było mi łatwiej pisać z perspektywy Sary (Ups, wygadałam się ). Dlatego proszę o wyrozumiałość.

Dziękuję za komentarze : ) motywują mnie do dalszej pracy. I pamiętajcie: jeśli przeczytałeś/aś to zostaw po sobie ślad w postaci komentarza. Ciebie to nic nie kosztuje, a mi daje motywację do dalszego pisania.

GG - 35222771

Do następnego :*

jaga20098


Podziel się
oceń
19
1

komentarze (51) | dodaj komentarz

1.2 Już sama nie wiem gdzie mam się podziać, by poczuć się docenianą. By poczuć się ważną, a nie być popychadłem dla ludzi. Tak, tak właśnie się czuję. Gdzie pójść, do kogo pójść? Gdzie się schować? Cokolwiek. Znam tak wiele osób, a nikt nie jest osobą.... Nie wiem jak to powiedzieć. Chcę przyjaciela. Potrzebuje przyjaciela. Cz. 2

środa, 13 lutego 2013 20:04

 

1.2 Już sama nie wiem gdzie mam się podziać, by poczuć się docenianą. By poczuć się ważną, a nie być popychadłem dla ludzi. Tak, tak właśnie się czuję. Gdzie pójść, do kogo pójść? Gdzie się schować? Cokolwiek. Znam tak wiele osób, a nikt nie jest osobą.... Nie wiem jak to powiedzieć. Chcę przyjaciela. Potrzebuje przyjaciela. Cz. 2

[ to jest druga część pierwszego rozdziału, pierwsza jest wcześniej :) ]

 

Claire w poniedziałkowy poranek przeżyła małe rozczarowanie. Okazało się, że dwoje przeczkolaków o nazwisku MacRay będzie nieobecnych przez najbliższy tydzień. Claire miała do końca czerwca obserwować zachowania dzieci i ewentualnie pomagać rozwiązywać problemy.

Dzięki swojej doskonałej wampirzej pamięci znała imię każdego malucha. Douglas ostrzegał ją, że dzieci posiadają bardzo słodki i intensywny zapach. I na prawdę tak było, ale nie potrafiłaby po tylu latach nauki wstrzemięźliwości od ludzkiej krwi spojrzeć na człowieka, a tym bardziej na dziecko jak na obiad czy deser. Wiedziała, że wyrzuty sumienia wyżarłyby jej mózg, a ona sama z rozpaczy pewnie popełniłaby samobójstwo, co dla wampira nie jest tak łatwe jak dla człowieka.

Claire wiedziała, że nie wszystkie dzieci lubią siebie nawzajem, ale była szczerze zdziwiona zachowaniem trzech dziewczynek z grupy, które były wyraźnie faworyzowane przez opiekunki. Raz nawet wyłapała w ich rozmowie słowa: "Dobrze, że tak zrobiłyśmy tej Sarze. Teraz przez tydzień a może nawet i dłużej będziemy miały spokój." Nie wiedziała jak ma to interpretować, więc postanowiła poczekać z ewentualną interwencją do powrotu MacRay'ów.

W następny poniedziałek, gdy przyszła do pracy, wszystkie dzieci były obecne. Powolnym ludzkim krokiem weszła do sali i rozejrzała się po niej, nawiązując krótką rozmowę z rudowłosą opiekunką.

Wyjrzała przez duże okno. Na placu zabaw skąpanym w blasku późnowiosennego słońca bawiły się dzieci. Biegały, krzyczały, śpiewały, bawiły się w piaskownicy. Zwróciła twarz w stronę kobiety, która poprosiła ją o dokończenie uzupełniania dziennika i zerkanie od czasu do czasu na Sama i Sarę.

Claire, dopiero - gdy opiekunka wyszła na dwór - dostrzegła dwie małe postacie siedzące przy stoliku. Obydwoje mieli bardzo kręcone, jasne blond włosy.

- Jeśli chcesz, to idź na dwór - powiedziała cicho dziewczynka, a Claire, pomimo dużej odległości, usłyszała wszystko.

- Nie. Zostanę z tobą - upierał się chłopiec, chociaż raz po raz spoglądał na bawiące się na dworze dzieci. Dziewczynka odłożyła zieloną kredkę i spojrzała na niego.

Claire, pomimo że dziewczynka była teraz odwrócona do niej bokiem, nie widziała jej twarzy za sprawą jej gęstych włosów.

- Nie, idź. Na prawdę. To że dzisiaj nie mogę wyjść na dwór, nie znaczy, że ty też musisz się tu ze mną kisić - namawiała go.

- Ale jesteś moją siostrą.

- Jezu, aleś ty uparty...

- Tak jak ty - mruknął cicho, ale dziewczynka chyba tego nie usłyszała.

- I jeśli nie wyjdziesz po dobroci, to użyję siły - starała się żeby zabrzmiało to groźnie, ale w odpowiedzi chłopiec złapał ją za ramię i delikatnie nim potrząsnął.

- Ty? Siły? Już Kalosz ma więcej siły - zaśmiał się.

Przez chwilę walczyli na spojrzenia. W końcu chłopiec odwrócił wzrok.

- Ha! Wygrałam! - wykrzyknęła zadowolona. - A teraz idź na dwór.

- Zobaczysz. Kiedyś to ja wygram - mruknął zły.

- Kiedyś to takie małe nigdy. – Po chwili, gdy chłopiec był już przy drzwiach, dodała w taki sposób, jakby chwaliła psa za podanie łapy: - Dobry Sam, dobry.

Claire zaśmiała się cicho. Ta mała ma w sobie coś, co przyciąga uwagę. Postanowiła później uzupełnić dzienniki i porozmawiać z dziewczynką.

- Dzień dobry - przywitała się przyjemnym dla ucha głosem. Dziewczynka obróciła się za siebie zdziwiona. Widziała przecież jak ruda - tak nazywała jedną z opiekunek - wychodziła na dwór.

- Dzień dobry - odpowiedziała.

Przez ten tydzień nabawiła się nawyku częstego poprawiania włosów w taki sposób, aby zasłonić jak największą część opatrunku. Teraz też wykonała ten gest. Przez chwilę układała włosy tak, aby nie wchodziły jej do oczu.

- Dlaczego nie bawisz się z innymi dziećmi?

Sara postanowiła, że powie tylko pół prawdy.

- Dzisiaj świeci słońce, a niedawno skończyły mi się leki. Mam alergię. A po za tym dziś i tak miało być pochmurnie - powiedziała naburmuszona. Chciała zmarszczyć czoło, ale w porę przypomniała sobie o opatrunku.

Nie powiedziała jej o tym, że żadne z dzieci nie chciałoby się z nią bawić.

- Dlaczego dziś miało być pochmurnie?

- Bo tak mówiła pani w pogodzie. Wczoraj.

- Rysujesz coś? - zapytała. Ostrożnie położyła dłonie na blacie stolika i zbliżyła się do niej, aby zobaczyć co narysowała. Ale Sara w porę odwróciła kartkę.

- Nie.

- Przecież widziałam. - Uśmiechnęła się do niej przyjaźnie.

- Ale pani nie może tego zobaczeć.

- Dlaczego? - zdziwiła się Claire. Pomyślała, że dziewczynka jest niesmiała.

- Bo jak pani zobaczy jak rysuję, to przestanie się do mnie odzywać. Tak jak ruda. A z panią fajnie się rozmawia. - Po chwili dotarło do niej jak nazwała opiekunkę. - Ups. - Zarumnieniona, spuściła wzrok.

Claire zastanawiała się dlaczego wcale nie patrzy w jej oczy. Nawet nie zwróciła większej uwagi na to, jak nazwała opiekunkę.

- Dlaczego tak jak ruda? - zapytała Claire, marszcząc brwi.

- Bo na początku, jak nie widziała tych moich bazgrołów, nie traktowała mnie jak odludka - wyznała cicho.

- Ja się od ciebie nie odwrócę. Naprawdę - dostrzegła, że dziewczynka na nią spojrzała. Wtedy zauważyła coś dziwnego. Jej oczy, najpierw szare, przybrały jasnobłękitny odcień. Sara w ślimaczym tempie odwróciła kartkę i powiedziała cicho, jakby do siebie:

- Ryzyk - fizyk. - Podchwyciła ten zwrot od Dextera.

Sara była trochę zdziwiona. Nie pokazywała swoich rysunków nikomu prócz Sama i Dextera. Bardzo obawiała się jej reakcji. Nie chciała ponownie usłyszeć, że powinna zacząć zachowywać się normalnie, że ma się nie popisywać. Ona często przelewała swoje uczucia właśnie na kartkę.

- A kto to jest? - Claire zauważyła, że dziewczynka się denerwuje i chciała ją jakoś rozluźnić.

Na rysunku zobaczyła małego, rudego psa, który siedział na trawie. Był to przeciętny kundelek. Miał jeszcze niepokolorowane dwie łapki, ogon i łeb.

- To jest Kalosz, nasz pies. Jest bardzo fajny. Zawsze słucha jak się do niego mówi. A jak przychodzimy do domu, to zawsze się cieszy i skacze. Bardzo wysoko. Nie raz mnie przy tym przewrócił - zaśmiała się. Bardzo lubiła tego psa.

- Bardzo ładnie rysujesz - powiedziała Claire zgodnie z prawdą.

Zwierzę było bardzo realistyczne i wcale niepodobne do rysunków innych dzieci, które widziała w ubiegłym tygodniu. Jej styl rysowania był może na poziomie gimnazjum - rysowała tak dobrze jak gimnazjaliści.

- Eee tam... - machnęła ręką. - Niech pani zobaczy jak Sam buduje zamki. One to są dopiero ładne.

- A który to Sam?

- Ten cały w piasku i bardzo podobny do mnie.

*

Dzieci właśnie wracały do budynku przedszkola na obiad. Sam odnalazł siostrę i szybko się do niej zbliżył. Z ulgą stwierdził, że nic się jej nie stało. Szturchnął ją lekko łokciem i uśmiechnął się. Sara odwróciła się do brata i też go szturchnęła, ale z mniejszą siłą. Maluchy ustawiły się parami, opiekunki przeliczyły je i wszyscy udali się na stołówkę.

Sam był oczywiście w parze z Sarą. Trzymali się za ręce i szli na szarym końcu.

- Co ty masz takie zimne ręce? - zapytał. Zaczął pocierać jej dłoń do momentu, gdy jej nie zabrała.

- Są normalne. - Wzruszyła ramionami. Złapała go ponownie za dłoń.

Sam miał dobry humor. Rozhuśtał ich złączone dłonie i zobaczył delikatny uśmiech na twarzy siostry, kiedy ścisnęła jego dłoń. Szli ramię w ramię, a ich ręce opadały, to wznosiły się. Gdy byli prawie przed drzwiami do stołówki, uderzyli podążającą za nimi rudą opiekunkę.

- Uważajcie, jak chodzicie - fuknęła, a po cichu, myśląc że nie słyszą (dodała ): Mali gówniarze i smarkacze.

Bliźniaki spojrzały na siebie. Sam zdziwiony, a Sara przyzwyczajona.

- Nie przejmuj się. Ona tak zawsze - wzruszyła ramionami, jakby to była naturalna reakcja opiekunki.

- Jak to zawsze? - zapytał ją cicho, gdy zajęli swoje miejsca.

- No, normalnie. Nie każdy musi cię lubić, to znaczy mnie. Przyzwyczaiłam się - zaczęła jeść zupę, ale po pierwszej łyżce skrzywiła się. - Fuj, niedobra ta zupa.

- Dla ciebie nic jest nie dobre - skomentował chłopiec.

- Zrobimy tak jak zwykle? - spytała go cicho. Siedziała pochylona nad talerzem i wodziła łyżką po zupie.

- Nie - sprzeciwił się chłopiec. - Ty nigdy nic nie jesz a musisz coś jeść. Dexter kazał mi cię przypilnować.

- Ale to jest niedobre. - Dziewczynka zatopiła się na chwilę w myślach. - Słuchaj, zjesz teraz moją porcję, a ja za to zjem obiad w domu, co? Proszę. - Uderzyła lekko kolanem jego kolano.

- Ale na pewno? - wolał się upewnić. To, co robił Dexter jadała chętniej, niż jedzenie ze szkolnej stołówki.

- Na pewno - potwierdziła. Gdy opiekunki nie patrzyły w ich kierunku, zamienili się talerzami.

*

Gdy wrócili do domu zdjęli buty i postawili je pod ścianą. Z kuchennego radia dochodziły popołudniowe wiadomości. Sara starała się nie przewrócić w drodze do salonu, bo Kalosz bardzo entuzjastycznie okazywał swoją radość.

- Sara, wypuść psa do ogrodu! - zawołał Dexter z kuchni. Dziewczyna posłusznie wyszła z Kaloszem do ogrodu.

- Sarze nałóż trochę więcej - powiedział Sam do mężczyzny, który nakładał spaghetti na talerze.

- Ale ona i tak nie zje wszystkiego.

- Dzisiaj zje wszystko. - Dexter nie wierzył w słowa chłopca. - Naprawdę. Mogę się nawet z tobą założyć.

Dexter nic nie odpowiedział, ale nałożył równe porcje dzieciakom. Sara przyszła do kuchni, spojrzała na swój talerz i skrzywiła się. Posłała gniewne spojrzenie bratu i w milczeniu zajęła swoje miejsce.

- Smacznego - mruknęła.

Była zła. Ten łobuz specjalnie wpłynął na Dextera, żeby nałożył jej tak dużo jedzenia. Przecież nie jest tak głodna, żeby zjeść cały talerz spaghetti. Ale obiecała a ona zawsze dotrzymuje słowa. Tak jak Dexter.

Po godzinie i dwudziestu minutach Sara opróżniła zawartość talerza. Odetchnęła głęboko i położyła głowę na stole.

- Wiesz co, artystka? Jestem z ciebie dumny. Chyba pierwszy raz zjadłaś cały obiad - nabijał się z niej chłopiec.

W odpowiedzi mruknęła coś niewyraźnie. Nie miała nawet siły złościć się na brata za to, że nazwał ją artystką.

- Ale to dobrze, chyba częściej będę za ciebie jadł tą okropną zupę. - żartował dalej.

- Łobuzie, siedź cicho - syknęła, rozłoszczona. Sam nie lubił, kiedy nazywano go łobuzem, tak, jak ona nie lubiła, gdy ktoś mówił na nią artystka.

- Co powiedziałaś?

- To, co słyszałeś, ŁOBUZIE! - Ostatnie słowo specjalnie zaakcentowała.

- Dzieciaki! Spokój! - powiedział głośniej Dexter. - O co chodzi z tą zupą?

Sara kopnęła pod stołem brata w nogę. Zrozumiał, że ma nic nie mówić.

*

Wieczorem Dexter siedział na kanapie i oglądał powtórkę finałowego meczu NBA Bulls - Sonics. W przerwie odgrzał sobie w mikrofali udko kurczaka. Usiadł ponownie na swoim miejscu i znużony patrzył w ekran telewizora. Gdy kończyła się reklama leku na gorączkę dla dzieci, usłyszał ciche powolne kroki na schodach. Po chwili Sara oparła się wezgłowie po prawej stronie jego głowy.

- Co oglądasz? - zapytała cicho.

- Mecz, ale teraz są reklamy. - powiedział odkładając talerz na stolik.

- A fajny?

- Nie musisz udawać, że cię to interesuje. - Uśmiechnął się do niej ciepło. - Chodź do mnie - poklepał miejsce obok siebie.

Sara ubrana była już w piżamę. Miała poskręcane i wilgotne włosy. A gdy usiadła poczuł, że za gumką od spodni schowała szczotkę do włosów.

- Kalosz jest w ogrodzie?

- Tak...

- Chce ci się spać? - zapytał, odgarniając jej włosy z czoła.

- Trochę - przyznała cicho. - Pomożesz mi uczesać włosy?

- Jasne - dziewcznyka podała mu szczotkę, ziewając szeroko. - Narysowałaś coś dzisiaj?

- Tak. Naszego psa.

- A spróbuj powiedzieć to po polsku - chciał, aby trochę poćwiczyła język. - Ale pełnym zdaniem.

- Czekaj. To będzie... Czekaj. Nie podpowiadaj - zaczęła przypominać sobie odpowiednie słowa, wykręcając jednocześnie palce. - To będzie "Ja narycsowałam mojego pca dźisiaj."

- Prawie dobrze. Tylko nie "narycsowałam" a "narysowałam", nie "pca" a "psa", i nie "dźisiaj" a dzisiaj. Powtórz - mówił rozczesując jej długie blond włosy. Dziewczynka powtarzała kilka razy, ale jej nie wychodziło. Dopiero gdy przeliterowała te wyrazy, prawie bezbłędnie powtórzyła zdanie.

- Dziwny trochę jest ten język. Ale fajny - podsumowała Sara.

Dexter skończył czesać jej włosy i odprowadził ją do pokoju. Gdy zniknęła za drzwiami, z łazienki wyszedł Sam.

- Myślałem, że się tam utopiłeś - powiedział Dexter, czochrając jego włosy.

- Nie - zaśmiał się. - Sara śpi?

- Tak. Ty też się już kładź. Jutro rano idziesz do szkoły, łobuzie.

- Tylko nie łobuzie, błagam - chłopiec złożył ręce jak do modlitwy, po czym ziewnął szeroko.

- Dobranoc.

- Jasne, jasne - odpowiedział chłopiec, a gdy miał już wchodzić do pokoju powiedział głośnym szeptem: - Tylko się tam nie utop.

Tak samo zadziorny jak matka, pomyślał Dexter, wchodząc do łazienki.

Sam po omacku podszedł do łóżka siostry i stwierdził, że już śpi. Sara zawsze miała lekki sen i byle głośniejszy dźwięk ją budził. Niezdarnie zlokalizował jej czoło i złożył na nim małego całusa, mówiąc : miłych snów i położył się do swojego łóżka.

*

W nocy Sarę obudził wiatr. Poruszał on gałęziami drzew, jakby naśladował upiorne szepty nocnych stworzeń. Przez chwilę patrzyła w ciemnościach na sufit i próbowała znaleźć kształty fluorescencyjnych gwiazdek, ale zobaczyła je tylko dwa razy, gdy światła reflektorów samochodów, które przejeżdżały pod ich domem, wpadały do pokoju. Po chwili poczuła lekkie szczypanie w prawej dłoni. Wiedziała, co to oznaczało. Wyczołgała się spod ciepłej kołdry i wygrzebała spod łóżka małe pudełko po butach. Ukratkiem sprawdziła, czy Sam dalej śpi.

Spał.

Pod tym względem byli przeciwnościami. Ona miała lekki sen, a brat tak mocny, że gdyby go wynieśli z domu, on spałby dalej.

Z pudełka wyjęła przyjemne w dotyku ubranie i założyła je, po czym wyszła na korytarz. Z sypialni Dextera dochodziło ciche pochrapywanie, więc pewnym krokiem przez okno w piwnicy opuściła dom.

 

*******

Przepraszam, że musieliście tak długo czekać na rozdział pierwszy, ale dopiero zaczęłam ferie i miałam chwilę czasu, aby wnieść ostatnie poprawki. Nareście znalazłam Betę i bardzo dziękuję jej za pomoc. Sama nie wyłapałabym tylu błędów, a dzięki Niej tekst jest bardziej czytelny - jeśli wiecie o co mi chodzi.

Podzieliłam rozdział na dwie części, ponieważ spotkałam się z taką opinią, iż czytelnicy, gdy zobaczą tak długi tekst, po prostu wychodzą ze strony. Mam nadzieję, że nie rozczarowaliście się, że nie zaczęłam od zdarzeń w Prologu. Ale wzorowałam się na Prologu w książce ( który opisuje późniejsze zdarzenia ) a nie tak jak na niektorych blogach, które w Prologach kródko opisują akcję i bohaterów.

1. Przed tym rozdziałem dodałam notkę z bohaterami i kródką informacją, jeśli chcecie możecie tam zajrzeć.

2. Jak podoba wam się nowy wygląd bloga? Nie jest za ciemno?

3. Liczę na to, że i pod tym rozdziałem będę mogła zobaczeć wasze licze opinie. Więc komentujcie. To nic was nie kosztuje, a mnie motywauje do dalszego pisania. :)

4. Chiałabym przeprosić posiadaczy blogów na blogspot.com, który zostawili u mnie komentarz - za to, że nie skomentowałam ich blogów. Ale mój komputer zwariował i gdy wchodzę na jakiegoś bloga z blogspot.com ; on po prostu się wyłącza. Postaram się coś zrobić w tym kierunku, ale jeszcze nic nie obiecuję. : (

5. A jeszcze jedno. Nie wiem czy każdy ma do mnie kontakt. Mój nr GG 35222771 , a E-mail jaga20098@wp.pl - Jeśli macie jakieś pytania, to zadawajcie je śmiało. Ja nie gryzę ( he he ).

Do następnego

jaga20098

 

 

 


Podziel się
oceń
11
0

komentarze (31) | dodaj komentarz

niedziela, 21 stycznia 2018

Licznik odwiedzin:  31 747  

Publikacja następnej części opowiadania za :

Statystyki

Odwiedziny: 31747
Wpisy
  • liczba: 8
  • komentarze: 260
Bloog istnieje od: 1843 dni

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Archiwum

O mnie

Jaga20098
Nauczyłam się płakać w myślach, tam nie muszę się nikomu tłumaczyć.
***
PROSZĘ NIE KOPIOWAĆ, WSZYSTKO JEST MOJEGO AUTORSTWA I BARDZO PROSZĘ TO USZANOWAĆ.

O moim bloogu

Opowiadanie o dziewczynce, która aby znaleźć szczęście w życiu, musiała bardzo dużo wycierpieć. Pragnie znaleźć szczęście, ale utrudniają jej to źli ludzie. Kiedy po raz pierwszy się zakochuje, jej św...

więcej...

Opowiadanie o dziewczynce, która aby znaleźć szczęście w życiu, musiała bardzo dużo wycierpieć. Pragnie znaleźć szczęście, ale utrudniają jej to źli ludzie. Kiedy po raz pierwszy się zakochuje, jej świat obraca się o 180 stopni. Jak bez drogowskazów ma znaleźć drogę do szczęścia?

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki